A nawet przyjemnie !
Przed chwila dowiedzialam sie od Wasylissy o tym, ze 'wisze' w dziesiatce najlepszych blogow. I to na pierwszej stronie!
Dlatego, bez falszywej skromnosci stwierdzam, ze bardzo, bardzo mi milo. W koncu na WP jest ponad 600 tysiecy blogow!
Nie bardzo rozumiem dlaczego zostalam powieszona i jak dlugo powisze, bo dobrych blogow jest tu sporo. No coz, najwyzej spadne, wstane, otrzepie siebie i blog i dalej bedziemy zgodnie egzystowali.
Dziekuje, Wasylisso :) bez ciebie zylabym w blogiej nieswiadomosci, a tak pozyje sobie z uczuciem blogiej przyjemnosci ;)
Wyglada na to, ze mam zaslugi wiec skrzetnie to wykorzystam i wstawie kilka ulubionych fotografii. A co!
Niebo w lutym. Byla pelnia i bardzo dobre swiatlo, wlasciwie poswiata.
Czeski Terezin. Tak, to jest to samo male miasteczko kolo Litomierzyc w ktorym znajdowal sie oboz zaglady.
Bylismy tam o w pol do dziewiatej rano w pewien sloneczny, listopadowy dzien. Miasteczko bylo puste, wyciszone, samotne i zawstydzone. Tak jakby do dzis nie moglo pogodzic sie ze swoja przeszloscia.
Lipowa aleja jest czescia glownego placu miasta. Nieproporcjonalnie duzego i zupelnie pustego.
Tahiti - Marina w Taravao. To zdjecie takze lubie za swiatlo. Nic dziwnego ze Gauguin osiedlil sie o kilka kilometrow dalej.
Takze Tahiti - wyzyna Taravao. Zwykly zachod slonca nad Tahiti Nui.
Francja - dom szwagierki Catherine. Wlasciwie jest to stara farma, ktora pieczolowicie odrestaurowali.
Kwiatki, motylek, zielono, zolto. Lubie te fotografie i juz.
Jesli ktomus wydaje sie, ze te trzy tygodnie "rowni pochylej" spedzilam wyciagnieta na sofie, to sie grubo myli. Od naszego przyjazdu jeszcze nigdy zycie towarzyskie tak nie kwitlo w naszym domu jak wlasnie wtedy. Zaczelo sie w pewna sobote od telefonu Chrystiana, ktory oznajmil, ze „kupilismy trzy udzce baranie (juz upieczone) i z przyjaciolmi jedziemy do was. Mam nadzieje, ze macie w domu troche piwa i ryzu." Nie mielismy.
Jeszcze o wlasnych silach pojechalam do sklepu. Stef przygotowywal kieliszki i zastawe stolowa. Jadac staralam sie dojsc za pomoca dziwnych obliczen do tego ilu osob potrzeba do zjedzenia trzech udzcow? Wychodzilo mi, ze sporo. Pomnozylam hipotetyczna ilosc zjadaczy udzcow przez butelki piwa i porcje ryzu. Wynik zniechecil mnie do tego stopnia, ze postanowilam kupic napoj na T czyli Trzy skrzynki piwa, trzy kilogramy ryzu, frytki do pieczenia, piec kilogramow ziemniakow, zielona fasolke, makarony i inne dodatki. Cos mnie tknelo i ze wstydem w sercu kupilam dziesiec litrow amerykanskiego napoju na C* . Do tego dorzucilam jakies torty i ciastka.
Z zakupow wrocilam kolo 10 rano. W chwile potem wjechalo na nasz teren piec samochodow. Zaczelismy liczenie wysiadajacych. Stef jest wiekszy wiec mu bylo latwiej. Mi wyszlo osmioro doroslych i dwanascioro dzieci, jemu na odwrot. Malo wazne, na sztuki nam sie zgadzalo. Nie wiem dlaczego i co mnie tknelo ze cichcem wynioslam z kuchni cztery butelki piwa i schowalam pod lozkiem. Stefa tez musialo tknac, bo widzialam jak rzucil sie na nasze papiery, ksiazki i dokumenty i polozyl je na szafie. Dobrze zrobil, bo dzieci malowaly wszystko co nawinelo sie pod reke. Przewidujace byly i przyjechaly z kredkami i farbkami. Tylko dlaczego bez papieru, do cholery? Dalismy im stare gazety. Pomalowaly i gazety, i garaz i sciane w salonie. Przynajmniej mielismy jakies pozyteczne zajecie na potem.
Tymczasem zaczelo sie przyjecie, ktore trwalo do osmej wieczorem. Niebawem dolaczyl do nas Lolo z Marie i synem Teiki. Widzialam, ze Maeva tez lypala w nasza strone i miala chec sie podlaczyc do piwa i wina, ale dostalam dziwnego paralizu, ktory nie pozwalal mi na odwrocenie glowy w prawa strone. Widzialam tez, ze po mojej kuchni kreci sie pelno ludzi. Po lodowce tez sie krecili. Tego dnia na kolacje mielismy po dwa piwa. Reszte zzarli. Nawet sucharki mi wyjedli.
Mniejsza o to, bo naprawde bylo bardzo milo. A juz zupelnie przyjemnie zrobilo sie, gdy odkrylam w jednym z aut ogromne wieze do megabasow. Co za frajda ! Zaczelam od Janis Joplin, potem Claptona, dorzucilam Cohena i skonczylam na John Lee Hooker, Willie Dixon i kilku innych mistrzach bluesa. Wszystko to bez basow. Te wlaczylam rowno na 5 minut. Za to na maxa. Kto zna „Mannish Boy" Muddy Watters'a, to wie, ze ma on bardzo interesujaca sekcje rytmiczna . 
______
* Coca-Cola

Stef i Christian. Samochod, ktorego wystroj swiadczy o ogromnej fascynacji USA nalezy do Christiana.
/Tahiti, grudzien 2004/
Cieply klimat ma to do siebie, ze z latwoscia mozna zapomniec o istniu czterech por roku. Wciaz jest lato, mniej lub bardziej deszczowe, ale lato. Dlatego z niedowierzaniem spogladalam na kalendarz na ktorym czarno na bialym widnialo, ze to juz grudzien i niedlugo beda swieta.
Pomimo braku sniegu, nawet na Tahiti trudno zapomniec o zblizajacym sie Bozym Narodzeniu. Jak wszedzie tlumy swietych Mikolajow wspinaly sie na palmy i ustrojone girlandami kolorowych lampek domostwa. W ogrodach cudem wyrastaly szpalery oszronionych sztucznych choinek, a z radia plynely przyprawione megabasami koledy.Tak samo skomercjalizowane swieta jak w kazdym innym zakatku swiata. Niezaleznie od wyznania przygotowywali sie do nich wszyscy. Nawet wierzaca jedynie w swieta flache Maeva przyozdobila dom i ogrodzenie lampkami i zrobila porzadki w ogrodzie.
Wszyscy opocz mnie. Nie dawalam rady. Od powrotu z balu harleyowcow nie przestaly mnie bolec kosci. Po kilku dniach zauwazylam, ze drza mi rece. O tym, ze trace sily przekonalam sie na plazy w Pueu gdy bedac o jakies 100 metrow od brzegu nie mialam sily do niego doplynac. Na szczescie mialam deske uczepiona do nogi. Gdy w polowie grudnia Chrystian i Noéline wraz ze znajomymi przyjechali nas odwiedzic wszyscy stwierdzili ze bardzo schudlam. Nic dziwnego. Ktos, kto wcale nie spi, nie je i traci mase miesniowa, traci takze na wadze.
Naleze do tych durnot, ktore nie chca martwic innych i nie skarza sie. Na dziob padne, a nie przyznam sie. Twardziel taki! Dlatego, swiecie wierzac w to, ze wszystko samo przejdzie gdy po swietach pojde cichcem do lekarza, starannie ukrywalam moje drobne przypadlosci przed Stefem. A on, znajac mnie dobrze, milczal i czekal na odpowiedni moment. Ten nastapil gdy poprosilam zeby pojechal ze mna po swiateczne zakupy. Na pierwszy rzut oka nie byloby tej prosbie nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, ze nie znosze byc wozona i naleze do tych wrednych pasazerow, ktorzy niby nic nie mowia, ale przy kazdym manewrze kierowcy wzdychaja tak, jakby swiat sie walil, a prawa noga robia dziure w podlodze szukajac nieistniejacego hamulca. Na dodatek nie lubie zakupow. Dlatego zawsze robilam je szybko i sama, z gory odrzucajac wszelkie propozycje pomocy. Tym razem musialam o nia poprosic. Nie czulam sie wystarczajaco pewnie na to zeby przejechac osiem kilometrow. To daje do myslenia, wiedzac, ze niecale osiem miesiecy przedtem zrobilam w ciagu kilku dni cztery tysiace km. W tym dwa tysiace w Polsce.
Stef tez nie znosi robienia zakupow, wiec wedlug utartego zwyczaju mial zostac z gazeta w samochodzie. A ze zwyczaje sa po to, zeby je zmieniac, to tym razem poszedl za mna. Sprawa wydala sie kiedy naocznie stwierdzil, ze sklepowy wozek bardziej mi sluzy do podpierania sie niz do wkladania zakupow. Dopiero wtedy, przygladajac mi sie z daleka, zobaczyl tak naprawde co sie ze mna dzieje. W domu udawalo mi sie to jakos ukrywac. Przestrzenie do pokonania byly mniejsze i bardzo szybko opanowalam sztuke "chodzenia krabem" polegajacego na tym, ze idac, niby niechcacy opieralam sie o sciane lub sprzety, a w ogrodzie o grabie. Drzace rece zakladalam pod pachy lub zaciskalam wokol poreczy fotela. Do bezsennosci po prostu nie przyznawalam sie. Spac nie moglam z powodu lomotu wlasnego serca, ktore, jak sie pozniej okazalo, walilo ze srednia szybkoscia 180 - 200 na minute. Tak walilo, ze zeby miec choc chwile ciszy i spokoju i moc zasnac mialam chec je z siebie wyrwac.
23 grudnia Stef zawlokl mnie do lekarza. Byl to byly wojskowy, ktory pol swego medycznego zycia spedzil na morzu. Nie wiem czy go to morze tak skrzywilo, czy tez od urodzenia mial taki „uroczy" charakter, w kazdym razie ten czlowiek nie mowil tylko wywrzaskiwal komendy jak stary bosman. Oprocz tego lekarzem byl doskonalym. A ze na imie mu bylo Jean-Hugues zostal nazwany Zbysiem, bo taki jest polski odpowiednik francuskiego Hugues.
Przyjrzal mi sie podejrzliwie, zagnal na wage i zaklal siarczyscie, bo od ostatniej, a zarazem pierwszej wizyty, zjechalam z 58 na 48 kilogramow. Potem uwaznie mnie zbadal i pobral krew igla przeznaczona dla sloni. Na koniec sklal Stefa za to ze dopiero teraz mnie przywiozl. Ten odparl, ze nastepnym razem ogluszy mnie jak karpia i przywlecze za wlosy, ze dzisiaj i tak mu sie udalo, bo ja chcialam isc do lekarza dopiero w styczniu. Tak obaj warczeli, ze w koncu nie dowiedzialam sie o co wlasciwie chodzi.
Na czasie byl z tym karpiem. Nazajutrz byla Wigilia. A wlasciwie nie bylo. Noc zeszla mi na strozowaniu, o spaniu nie bylo mowy, bo serducho tluklo sie jak oszalale.
Lezalam sobie na kanapie, raczki mi lataly, gnaty bolaly, a ja staralam sie ogladnac odcinek Kobry 11 gdy zadzwonil telefon. Stefa nie bylo, bo pojechal do sklepu. Po drugiej stronie uslyszalam Zbysia ,ktory oznajmil mi, ze juz ma wyniki w zwiazku z czym musze jechac do kardiologa i okulisty. Po wizycie u nich i wynikami mam galopem zglosic sie do endokrynologa. Podal mi nazwiska i adresy, oczywiscie w Papeete, i jeszcze raz kazal sie spieszyc, bo jest bardzo nieciekawie. Zadzwonilam do Stefa na komorke, zeby podjechal do zbysiowego gabinetu odebrac wyniki i skierowania.
Stef wrocil do domu niespodziewanie szybko. Wlasnie kroilam zupelnie spokojnie salatke owocowa, gdy rzucil sie na mnie, sila usadzil w fotelu i oznajmil dramatycznym glosem:
- Masz tarczyce. - No pewnie, ze mam. Co mam nie miec? Wszyscy maja, to ja tez mam. Gorzej z tym, ze za cholere nie moge sobie przypomniec po kiego czorta mamy ta tarczyce. Pytam wiec Stefa, ale on wie tyle samo co i ja czyli nic.
- Pokaz te wyniki. Moze sie czegos doczytamy?
Ciezko szlo, bo narobili badan tyle, ze wyniki zajely trzy strony. I dopiero na trzeciej stronie, na samym koncu doczytalismy sie , ze mam najwyrazniej za malo czegos co nazywa sie TSH, bo norma miesci sie pomiedzy 0,340 a 5,600 czegos tam na mililitr, a ja mam 0,016. Niewiele mi to mowi, wiec ciagne Stefa za jezyk. W koncu cos mu ten lekarz powiedzial. Okazalo sie, ze powiedzial to samo co i mnie przez telefon. No i umowil nas ze specjalistami na 8 rano w poniedzialek 27 grudnia. Oszalal chyba, bo nawet wtedy gdy nie moglam zmruzyc oka, godzina osma rano byla dla mnie srodkiem nocy i tyle. Dal mu tez numery telefonow na wypadek gdybym padla podczas swiat i zapytal czy Stef sam mnie zawiezie do Papeete czy ma przyslac karetke. Na koniec dodal, ze nie wolno mi sie denerwowac. Gdy to uslyszalam zrozumialam dlaczego Stef jest taki przejety. Z tego wszystkiego zajal sie konczeniem salatki. Gdy ja skonczyl zaczal sprzatac. Jak juz zle wyzeta scierka pomazal wszystkie kafelki na podlodze i uznal, ze jest juz posprzatane, zapytal czy trzeba zrobic pranie. Jak juz doszedl do prania , to znaczy ze sytuacja jest powazna. Przynajmniej wedlug niego.
Co do mnie, to wlasnie przypomnialam sobie, ze tarczyca wydziela jakies hormony. Jesli TSH to hormony, to nie ma czym sie przejmowac, bo to sie leczy. Dadza mi jakies prochy i przejdzie samo w ciagu miesiaca. Pomylilam sie tylko o pietnascie miesiecy. Wizyta u kardiologa nie sprawiala mi problemow, za to nie moglam zrozumiec po co mam isc do okulisty? Dopiero wieczorem wyszperalam z zakamarkow pamieci nazwiska Graves i Basedow.
Po tym z czego wykaraskalam sie dwa lata przed wyjazdem na Tahiti wiedzialam, ze jestem jak ta wanka-wstanka, nie do zdarcia i jakas tam tarczyca nie bedzie mi robila wbrew.
Jedyne co bylo dobre w tych swietach, to spokoj! Zadnych basow, zadnych balang. Dopiero pozniej dowiedzialam sie, ze Stef z Lolem zlozyli najblizszym sasiadom krotka wizyte ze „swiatecznymi zyczeniami" zdrowia, ciszy i spokoju.
Siadywalam wiec na "przyzbie" i przygladalam sie landszaftowym zachodom slonca. 

Polowa listopada, jeszcze jestem w miare podobna do ludzi.
/Tahiti, grudzien 2004/
podrozach, fotografii, jezykach, Francji, Tahiti, Urugwaju, Czechach i Polsce czyli o wszystkim co lubie i co widzialam wedrujac po swiecie.
Malo wzrostu, sporo fantazji wymieszanej z pragmatyzmem. Duzo podrozy, duzy dystans... Na serio biore innych, bo siebie sama za dobrze znam :) Zero zludzen, duzo optymizmu i przekonanie, ze problemy istnieja po to by je rozwiazywac, a nie po to zeby nad nimi plakac. Wad za duzo by je tu wymienic. Zalet niewiele, dwie: calkowity brak zawisci i zazdrosci. Dobre i to! Czasami zlosliwawa, ale tylko w stosunku do durniow z nadetym ego.
Fotografie, ktore nie sa mojego autorstwa sa oznaczone opisem "foto web" lub nazwiskiem autora.
Adres: uyu@wp.pl
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: